Mulhacen - każdy krok niesie pokój

Otwieram oczy i wiem że już nie zasnę…4:45, trochę za wcześnie…. kilka minut bezgłośnego monologu. Dobra wstaję, staram się być cicho, aby nie obudzić Agi. Wszystko przygotowane więc szybko się ubieram.

- Śpij dobrze, powinienem ogarnąć się w 8 godzin

- Baw się dobrze.  

Zamykam drzwi, szybko schodzę z III piętra do holu, nikogo nie ma na recepcji, otwieram drzwi wejściowe i wychodzę w stronę hotelowego parkingu, gdzie stoi mój Leon i tutaj: zaskoczenie nr 1. Parking jest zamknięty, nie ma opcji dostać się do samochodu. Wracam do hotelu a tu okazuje się że drzwi hotelu można otworzyć tylko od środka, no chyba że ma się klucz którego ja nie mam – to jest zaskoczenie nr 2. laugh Obok drzwi jest jakiś przycisk – cokolwiek to jest naciskam, może to dzwonek, a może sposób na magiczne otwarcie drzwi… naciskam i nic… siadam na schodach – czas na refleksje...

Po kilku minutach z budynku obok wychodzi jeden z właścicieli hotelu… delikatnie mówiąc półprzytomny ;-) w końcu wczoraj grał Real z Legią.

Wymieniamy się uprzejmościami (opanowałem formy grzecznościowe po hiszpańsku), pokazuje w kierunku parkingu. Idziemy – ja podniecony opowiadam o moim planie na dzisiaj – trochę po angielsku, trochę po polsku, bez znaczenia – gość nie rozumie niczego poza "O.K."

Wsiadam do samochodu jest 5:30 – w sumie zgodnie z planem…

Jest jeszcze ciemno. Mam jakieś 30+ kilometrów i 1500 m w pionie do miejsca gdzie muszę zostawić samochód , droga szybko się wznosi, temperatura za szybą równie szybko spada.

Na miejscu nie ma nikogo – w sumie to żadne zaskoczenie wink 3*C i wiatr, zajebiście zimny wiatr. Ubieram buty trekkingowe, naciągam kominiarkę i kaptur, już żałuje że nie wziąłem termosu.

Czas ruszać, jestem na wysokości 2550 m n.p.m., wczoraj po południu wylegiwałem się jeszcze na nadmorskiej plaży z cudnymi 27*C.

Dobra, szybki start – tak jak lubię na początek trzeba się rozgrzać… zimno daje się we znaki, prawa część twarzy drętwieje od wiatru. Odpuszczam spacer asfaltową drogą, którą w sezonie można podjechać kilka kilometrów dalej na przełęcz i idę na skuśkę, ścinając fantazyjne zakręty. Szybko się wznoszę, mam dobre tempo, aż sam jestem zdziwiony. Mam nadzieje że góry są dobrze oznakowane, bo standardowo nie mam mapy…

Dochodzę do miejsca gdzie drogi się rozchodzą w prawo i lewo, cóż postanawiam iść dalej ścieżką na wprost, wydaje się być racjonalnym wyjściem bo wiedzie jakby środkiem… Rumosz staje się coraz bardziej zalodzony a ścieżka coraz mniej wyraźna… nisko zawieszone chmury utrudniają nawigowanie.

Po lewej dochodzę do urwiska, cóż… należało jednak iść w prawo… Tempo już nie tak dobre – ewidentnie wchodzę na szczyt który miałem ominąć łukiem aby zaoszczędzić cenny czas… ale jakoś nie mogę odpuścić i podchodzę dalej. Odpalam GPS w telefonie i uruchamiam googlemaps, zobaczę gdzie w przybliżeniu jestem. Tak jak myślałem podchodzę na Veletę, klnę bo w opisach tras, twierdzą że w 1 dzień nie bardzo można zrobić oba szczytów, bez podjechania na przełęcz. Cóż nie podjechałem na przełęcz, nie aklimatyzowałem się – o skutkach czego jeszcze się przekonam później, poza tym dzień jest zdecydowanie krótszy.

Tytuł zastępczy
Tytuł zastępczy
Tytuł zastępczy

W końcu staje na Velecie, uczucia mieszane, niby super jednak to trochę nie tak miało być…

Zgodnie z ostatnim wskazaniem GPS Mulhacen jest jeszcze kawałek przede mną, wydaje mi się że wiem w którym kierunku, więc wybieram drogę na skróty w stronę drogi, która wg mojej koncepcji prowadzi na Mulhacen i jest tą najwyżej położoną drogą w Europie…

Szybki marsz w dół, początkowo łagodnie, potem coraz bardziej stromo by nad samą drogą zakończyć się kilkumetrową ścianą w dół… nie zejdę tędy, postanawiam iść wzdłuż, w końcu dojdę do miejsca gdzie będzie łatwiej. Zgodnie z oczekiwaniami udaje się w końcu. Niestety zaczynam czuć pewien nieokreślony bliżej dyskomfort..coś jak kac, wypiłem wczoraj oglądając z miejscowymi mecz Realu i Legii kieliszek wina i kufel lokalnego piwa ale to nie może być to.

  • Trochę zblazowany człapię szeroką drogą, którą z powodzeniem mógłbym przejechać samochodem, gdy by była tylko otwarta i uprzątnąć te kilka skał. Dochodzę do szerokiego zakrętu z którego widać jak dużo jeszcze przede mną… widzę też iż ta cholerna droga klucząc serpentynami schodzi w dół by potem znów się wznosić. Na to nie ma zgody... na lewo odchodzi niepozorna ścieżka, nie widzę gdzie prowadzi ale nie schodzi w dół i to jest wystarczający argument..

    Skręcam w lewo, ból głowy jest lekko upierdliwy ewidentnie to efekt braku aklimatyzacji. Po chwili dochodzę do miejsca gdzie ścieżka urywa się by po kilkunastu metrach dalej pojawić się po drugiej stronie „przepaści”, nie mam ochoty i zasobów na odkrywanie w sobie talentu wspinaczkowego, jednocześnie nie zamierzam wracać do szerokiej i wygodnej drogi.

    Tytuł zastępczy
  • Składam kije i przymocowuje do plecaka i tutaj olśnienie… wzdłuż ściany zawieszony jest łańcuch (jak w naszych Tatrach) a na nogi wykuto coś a’la rynnę. Mankamentem rynny była jej płytkość i była ukryta za wybrzuszeniem skały co uniemożliwiało obejrzenie  gdzie wkłada się stopy. I-wsze kroki to był dramat, uczucie rozbicia i lęk wysokości (bo takowy posiadam, czasami mniej, a czasami bardziej doskwierający). Powoli noga za nogą, przesuwam się wzdłuż przyklejony do ściany – co szczególnie miłe z każdym krokiem lęk odpływa i nawet ból głowy odpuszcza, pojawia się lekka euforia. Kończę trawers, zdejmuje plecak wyciągam telefon i wracam na łańcuch zrobić kilka samojebek – jest ewidentnie lepiej. Rozkładam kije, ubieram plecak i ruszam szybkim krokiem dalej.

    Tytuł zastępczy
  • Dochodzę do miejsca gdzie moja ścieżka łączy się z „główną” drogą. Było warto, oszczędziłem sobie ponad kilometr spaceru.

    Na mojej drodze spotykam I-wsze żywe istoty od wejścia w góry: kozice. Nie wiem kto jest bardziej zdziwiony ja czy one. Powoli zbliżam się z aparatem aby zrobić kilka fotek, w końcu bez większego zainteresowania  moją osobą schodzą w dół, ja idę dalej w stronę mojego Mulhacena. Droga powoli wznosi się w górę, mój poziom dyskomfortu również. Znów na lewo odchodzi ścieżka, nie będzie odkryciem gdy napisze że opuściłem wygodną drogę na rzecz wąskiej ścieżki

    Tytuł zastępczy

Ścieżka zaprowadziła mnie na szczyt górki z której Mulhacen był na wyciągnięcie ręki, jedynym mankamentem był fakt ze musiałem zejść ostro w dół, gdzie znajduje się schron turystyczny. W oddali od strony Velety poruszały się 2 osób, Pierwsi ludzie dzisiaj w górach, szybko zmniejszała się odległość między nami – mieli ewidentnie lepsze tempo niż ja. Zejście do schronu odbyło się szybko, na zawietrznej leżało sporo śniegu co pozwoliło szybko ześlizgnąć się w dół.

Przy schronie pokaźne stado kozic i muflonów. O dziwo schron był zamknięty… takie małe zaskoczenie.

Tytuł zastępczy
Tytuł zastępczy
Tytuł zastępczy

Kilka fotek i wiem że ta górka przede mną to Mulhacen, kilka ścieżek wiło się po jego zboczu, by w końcu łączyć się w jedną w okolicach szczytu. Powoli, bardzo powoli wdrapuje się w górę. Góra jest pozbawiona wszelkiej roślinności (co nie jest dziwne na tej wysokości) i masz okazję podziwiać jak dużo prze Tobą… masz nadzieje że za następnym „pozornym” szczytem będzie ten właściwy. Czasami tylko chmury i śnieg ograniczały widoczność do najbliższych kilkunastu metrów. Pogoda zmieniała się z minuty na minutę: śnieg, słońce, zaraz znowu mgła i śnieg. Dwójka którą widziałem wcześniej w swoim zajebistym tempie zaczęła również podchodzić spod schronu. Ból głowy i brak sił coraz bardziej doskwiera, Wczoraj nie kupiłem żadnego proszka na ból głowy i wody tez mam mało – idę wolno, bardzo wolno – trochę kręci mi się w głowie, mam ochotę puścić pawia.

  • W końcu wyprzedza mnie dwójka sprinterów, wymieniamy się powitaniami ale szybko się okazuje że na tym musimy skończyć naszą konwersacje, bo oni nie mówią po angielsku a ja po hiszpańsku…

    Kurwa! Moim marzeniem jest puścić pawia, oddam królestwo za Aspiryne. Robię przerwy co parę, może paręnaście metrów, oddycha mi się całkiem dobrze, tylko to zmęczenie, ból głowy no i nudności. Gdzieś we mgle słyszę głosy, jak nic jest to niemiecki, przypominam sobie wejście na Teide i niemieckie  krasnoludki..po chwili okazuje się że faktycznie była to niemiecka ekipa. Szprechają że już bardzo blisko ale na szczycie wieje i nic nie widać bo chmury i śnieg, przynajmniej tak mi się wydaje że o tym mówili, bo niemiecki w liceum omijałem szerokim łukiem.

    Mulhacen - Gumisowa Korona Gór
  • Widzę szczyt, sprinterzy schodzą już w dół, uśmiechamy się, przybijamy „piątki”. Na szczycie zostaje sam, wszystko wokół trochę wiruje, ale jestem szczęśliwy. Wieje jak cholera, zaczyna się przejaśniać widoczność się poprawia robię kilka fotek, zjadam resztę czekolady, wypijam prawie wszystko co mi pozostało w butelce. Zdecydowanie za mało płynów. Kolejny szczyt do mojej Korony… ukryty pośród skał, coś jakbym odpoczywał.

    Nigdzie nie ma informacji że to Mulhacen, jest tylko metalowa tabliczka towarzystwa geograficznego, mała kapliczka i ruiny (najprawdopodobniej) schronu. Coraz więcej widać… widzę że mam kawałek drogi do przejścia do przełęczy pod Veletą. 

    Mulhacen - pamiątkowy ołtarzyk
  • Przed zejściem odpalam w telefonie Endomdo, zobaczymy ile będzie kilometrów. Zejście idzie całkiem szybko, ból głowy mnie jednak nie opuszcza. Przy schronie mijam znajomych sprinterów, nie zatrzymuje się jednak i idę dalej – korzystam z chwilowego przypływu energii. Na powrocie odpuszczam wszystkie drogi na skróty i wracam główną drogą. Upajam się radością zdobycia góry, każde najmniejsze podejście to walka… jestem zmęczony, bardzo zmęczony, do przełęczy pod Veletą jeszcze kawał drogi, a stamtąd to jakoś będzie...Aby iść w jako takim tempie mantruje, liczę, chłonę wszystko co przede mną bo obracając głowę na boki jest mi niedobrze i mam lagi jak stare Atari frown

    Mulhacen - Gumisowia Korona Gór
  • Ciszę przerywają tylko komunikaty z telefonu: „sygnał GPS został utracony”, przeszedłeś kilometr”, „sygnał GPS został odzyskany”. Noga za nogą, koniecznie aby posuwać się na przód a w głowie zapętlił się fragment kawałka Włochatego: „...każdy krok niesie pokój…” – i tak mijały kolejne kilometry do przełęczy.

    W końcu po 6-7 kilometrach jestem na przełęczy, po tej stronie zdecydowanie mocniej wieje. Szybko tracę wysokość, zbiegając prawie drogą asfaltową w dół. Ból głowy staje się tylko wspomnieniem. Nogi wchodzą mi w tyłek… mam za sobą ponad 25 kilometrów, zostało jeszcze max. 4-5 km.

    Sierra Nevada
  • Do samochodu dochodzę jeszcze przed zachodem słońca. Endomondo twierdzi że z Mulhacena zrobiłem 13,5 km w 3h 40min. Całość zajęła mi ok. 8,5-9 h.

    Mulhacen - najwyższy szczyt (pozaalepejski) w Europie, bodaj III pod względem wybitności po Blancu i Etnie.

    Wysokość: 3 479 m n.p.m , współczynnik MDW: 3 285 m

    Wejście na Mulhacen nie wymaga specjalnego przygotowania technicznego. Potrzebna jest jedynie dobra kondycja fizyczna. Największym, problemem może okazać się brak źródeł wody powyżej 3000 m n.p.m. dodatkowo w przypadku szybkiego nabrania wysokości (samochodem lub busem) mogą pojawić się początki choroby wysokościowej – co również mnie spotkało, jednak aspiryna powinna skutecznie załatwić sprawę, oczywiście jeśli się ją zabierze z sobą

    sierra nevada parking

Zapisz się na newsletter!